John Coltrane nie bez powodu jest jednym z najważniejszych saksofonistów w historii. Nie bez kozery mówi się o muzyce tworzonej na bazie jego muzycznych odkryć jako post-coltraneowskiej. To ten wybitny człowiek wyznaczył pewne – jak się wydaje – nieosiągalne da większości muzyków granice doskonałości. A wszystko zaczęło się niepozornie.

Muzyka bez miłości

Coltrane nigdy nie pałał szczególną miłością do saksofonu. Był on tylko instrumentem – sposobem, w jaki można było zabić czas. Jednak z wiekiem dojrzewał w nim demon – coś co kazało po powrocie ze służby wojskowej (Coltrane został powołany w 1945 roku) związać się już na zawsze z muzyką. Coltrane grywał na flecie i saksofonach, ale bez wątpienia jego ulubionym instrumentem został saksofon tenorowy. Trochę inaczej, niż dzieje się to dziś, wtedy nie szukano rozgłosu – Coltrane starał się grać najlepiej, jak to możliwe, pojawiał się na scenie z najlepszymi, ale grał głównie dla przyjemności. Grał z zespołami Jimmy'ego Heatha, Howarda McGhee i Dizzy'ego Gillespiego. To właśnie ten ostatni otworzył przed Coltranem bramę do sławy, ponieważ razem nagrali płytę. Kilkakrotnie podejmował współpracę z Milesem Davisem i z nim współtworzył najbardziej znany album jazzowy – Kind of blue. Niestety nawet mistrzowie kiedyś milkną, a po nich nie może pozostać próżnia.

Michael Brecker

Michael Brecker, uważany za jednego z najwybitniejszych saksofonistów w epoce post-coltraneowskiej (nawiasem mówiąc też zmarły na nowotwór) był nie tylko muzykiem, ale także kompozytorem. W swojej karierze aż 11 razy sięgnął po nagrodę Grammy, co dziś, kiedy wygrywają ją autorzy popu, wydaje się wręcz niesamowitym wyczynem. Brecker, poza tym, że nauka gry na saksofonie przyniosła u niego zadziwiająco dobre skutki, umiał grać praktycznie a wszystkim i tym w zasadzie zasłynął – zdolnością przekształcenia w zdumiewający performans wszystkiego, czego się tknął. Mieszał brzmienia, tony, instrumenty i style, a uwielbiał robić to na żywo, przed publicznością. To jedna z tych cech, które zdecydowanie nie pasowały do jego epoki – większość artystów nie miała wtedy pojęcia o kontakcie ze słuchaczami, ale Brecker… no cóż, nie przejmował się tym, że ma jakieś ograniczenia. Dla niego granice wyznaczało to, co daje się zagrać.

Harry Allen

Harry Allen i saksofon – oto połączenie idealne. Allen uwielbia przekraczać granice. Od Coltranea nauczył się jednego – tego, że saksofon, jeśli umieć z niego korzystać, pozwala zagrać wszystko. Zamiast toczyć boje z tradycją saksofonistów i jazzu, Allen z upodobaniem oddaje się rozkoszy ożywiania swingu. Czy grywa sam? Tak, jak każdy. Jednak to z doskonałych duetów zasłynął w szerokim świecie. Grał z Pizarellimi, Colliannim czy Inghamem. Muzyka Allena przywodzi na myśl bezpośrednie skojarzenia nie tylko z Coltranem, ale również Websterem czy Hawkinsem, których dzieliło naprawdę bardzo wiele, jeśli chodzi o percepcję muzyki. Łączyła ich jednak pasja i zamiłowanie do czystych dźwięków, które Harry Allen najwyraźniej po nich w jakiś cudowny sposób odziedziczył. Zdecydowanie młodszy od Coltranea (raczej na żywo nigdy go nie mógł usłyszeć), przechowuje w swoich utworach to, co w erze Coltranea było najważniejsze.

My, samozwańcy

Wielu saksofonistów chciałoby się uważać za muzyków ery post-coltraneowskiej, ale tylko nieliczni naprawdę zasługują na to, aby zestawić ich w jednym szeregu z legendą. Oczywiście, że każdy tworzy muzykę po swojemu, każdy uznaje saksofon za instrument stworzony do czegoś innego, ale aby doczekać zaszczytu, trzeba zobaczyć w nim przede wszystkim ekspresję i emocje. Nie jest łatwo zasłużyć na tytuł saksofonisty ery post-coltraneowskiej.
Czy spróbujesz stać się jego następcą, zrozumieć i posiąść jego styl? Zapraszamy na lekcje gry na saksofonie.

Tagged:

Zostaw komentarz

Twój email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone*

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

*



Fatal error: Call to undefined function is_product_category() in /wp-content/plugins/woocommerce-google-dynamic-retargeting-tag/wgdr.php on line 452